chamowoSpotkanie DKK 11 maja 2015

11 maja w Bibliotece "Przy Zawiszy" w ramach akcji "Warszawa czyta" omówiliśmy książkę Mirona Białoszewskiego
"Chamowo",laureatkę tegorocznego wydarzenia. Chamowo jest powieścią, której akcja mocno osadza się w realiach życia w Warszawie opisując codzienne zajęcia autora, często prozaiczne czynności. Dla uczestników Dyskusyjnego Klubu Książki stała się inspiracją do sięgnięcia po Tajny dziennik, który odkrywa wszystkie zakamarki życia Mirona Białoszewskiego."

zlySpotkanie DKK 27 kwietnia 2015

"Zły" Leopolda Tyrmanda to powieść kryminalna ukazująca życie mieszkańców powojennej Warszawy, której akcja toczy się w tymże mieście na początku lat pięćdziesiątych. Tytułowy Zły to bohater walczący w obronie słabszych i uciśnionych z warszawskimi chuliganami oraz półświatkiem stolicy.
Akcja jest wartka i nie pozwala czytelnikowi na moment zgubić wątku. Czytając opisy miasta, możemy jedynie użyć swej wyobraźni, gdyż obecna Warszawa bardzo różni się od tej opisanej przez autora. Niemniej jednak mogliśmy wyobrazić sobie powojenną stolicę, słuchając opowieści Pana, który pamięta te czasy.

rzeznia numer piecSpotkanie DKK 23 marca 2015

W książce "Rzeźnia numer pięć" autor przedstawia własną historię, swoje wspomnienia z czasów, kiedy przebywał w niemieckim obozie jenieckim oraz był świadkiem alianckiego bombardowania Drezna, w tym celu posługuje się wymyślonym bohaterem.
Billy Pilgrim jest nieudacznikiem życiowym, zupełnym przeciwieństwem amerykańskiego żołnierza, na przykładzie głównego bohatera widzimy jaki wpływ na życie mają traumatyczne przeżycia i nie pozwalają powrócić do normalności.

Recenzja książki Kurta Vonneguta "Rzeźnia numer pięć" - Robert Frączek.

Rzeźnia nr 5, czyli krucjata dziecięca, czyli obowiązkowy taniec ze śmiercią. Napisał Kurt Vonnegut Jr. Amerykanin pochodzenia niemieckiego (w czwartym pokoleniu), który obecnie żyje w dobrych warunkach na półwyspie Cod (i pali zbyt dużo papierosów), a kiedyś jako zwiadowca amerykańskiej piechoty, Hors De Combat został wzięty do niewoli i był świadkiem bombardowania Drezna, zwanego dawniej "Florencją Nad Łabą", i przeżył, aby opowiedzieć to, co widział. Powieść przypomina nieco Telegraficzno-Schizofreniczne utwory Tralfamadorii, planety, z której przylatują latające talerze. Pokój z Wami.

Dobry wstęp, prawda? Od razu zapowiada, że normalnie to raczej nie będzie. I potem cały czas się zastanawiamy czemu autor, mimo że różne rzeczy przeżył, widział na własne oczy i o nich wspomina, wybrał taką, a nie inna formę, by o nich opowiedzieć? Czy trauma była na tyle silna, że trzeba było odreagować ją pisząc o kosmitach?

Los głównego bohatera, który w najmniej oczekiwanych momentach życia doświadcza przeskoków swojej świadomości w czasie i przestrzeni jest wyraźnym symbolem bezwolności, poddania się biegowi wydarzeń. Wyraźne też są antywojenne dywagacje różnych postaci, które wspominają II Wojnę Światową, potworne (choć i trochę chwilami surrealistyczne) są obrazy z Niemiec, o których opowiada główny bohater. Ale mimo wszystko nie łączy mi się to w jakąś spójną całość.

Billy Pilgrim (a również sam autor, który takie wizje tworzy) ze swoimi opowieściami o skokach w czasie spokojnie nadaje się na obserwacje psychiatryczne. Jak go można traktować serio?

Przeciętny człowiek, trochę nieudacznik, ale nawet to nie przeszkodziło mu w osiągnięciu typowej amerykańskiej stabilizacji i wygodnego życie, po prostu dość biernie daje się nieść nurtowi wydarzeń. Nie walczy, nie buntuje się, robi to czego się od niego oczekuje i stara się w tym znaleźć jakiś własny spokój. Ilu takich Pilgrimów zostało wysłanych na wojnę, choć byli czasem nawet za młodzi na to by założyć rodziny?

Amerykanin, który mało co nie zginął od bomb amerykańskich. Cóż... Zdarza się? Czy można to "wrzucić w koszta", bo liczy się tylko cel? Chyba najbardziej w tej najbardziej realnej warstwie dotyczącej wojny, tego jak ona upadla i zmienia ludzi, niewoli i zbombardowania Drezna, książka wydaje mi się interesująca. Ale Tralfamadoria, czy też powracający wątek pisarza Sci-Fi Kilgore’a Trouta, jakoś mnie drażniły. Gdzieś przewija tam się wątek wolnej woli, nabijanie się z ludzkiej naiwności i różnych naszych zachowań, ale jeszcze raz powtarzam - te dwie warstwy stanowiły dla mnie jakby dwie oddzielne książki i się nie łączą prawie ze sobą.

Na pytanie czy czytać, odpowiem oczywiście, że czytać. W końcu z klasyką (a powieść często jest wymieniana wśród najlepszych ubiegłego stulecia) warto się zapoznać. No i jest to rzecz na pewno nie banalna, do odczytywania na różne sposoby. Może akurat Wy się w tym gorzkim, czarnym humorze odnajdziecie...

beksinscySpotkanie DKK 23 lutego 2015

Autorka książki przedstawia losy dwu pokoleń rodziny Beksińskich, ojca i syna. Zdzisława Beksińskiego zapamiętamy jako jednego z najciekawszych ale i wzbudzającego wiele kontrowersji twórców, jego syna Tomasza jako uwielbionego przez słuchaczy dziennikarza muzycznego. Obaj w swej dziedzinie byli wybitni, fascynowali się śmiercią, światem potworów i demonów. Przez całe życie poszukiwali miłości i zrozumienia, byli bardzo samotni mimo swej popularności i obaj odeszli w dramatycznych okolicznościach.

Recenzja Książki Magdaleny Grzebałkowskiej "Beksińscy- portret podwójny"- Robert Frączek.

Masa materiału - listy, dzienniki, fragmenty wywiadów, wspomnienia innych. I to wszystko poukładane w całość, która jest nie tyle życiorysem, ale wciągającą opowieścią o dwóch wrażliwych mężczyznach, o ich relacjach, o ich wyobraźni, fascynacjach, samotności twórczej i niezaradności życiowej. Obaj na swój sposób pokręceni, pełni różnych fobii, złości na otaczającą ich rzeczywistość, niedojrzali emocjonalnie i kompletnie nie potrafiący wyrażać swoich uczuć. Doprawdy, chwilami zastanawiałem się jak p. Zofia Beksińska, czyli żona Zdzisława i matka Tomasza, cały czas obecna na kartach tej książki, a jednocześnie tak bardzo w cieniu, znosiła ich obu, bo byli gorsi niż rozkapryszone bachory. I jednocześnie w tym wszystkich swoich dziwactwach i nieprzystawaniu do otoczenia (a może właśnie dzięki temu), obaj tak fascynujący w wizjach, które kreowali. Jeden malarstwem, a drugi poprzez opowiadanie o muzyce, filmach czarowali ludzi i do dziś pozostają w pamięci.

To nawet nie tyle portrety ojca i syna, ale wiele zdjęć, ujęć, twarzy dwóch mężczyzn. Artystów, nadwrażliwców, perfekcjonistów, egocentryków, pasjonatów i ekscentryków.

Smutna to książka, bo znając przecież losy jednego i drugiego z Beksińskich, wciąż próbujemy odnaleźć jakieś ślady, odpowiedzi potwierdzające jakieś fatum, jakiś dramatyczny cień śmierci wiszący nad tą rodziną. I pewnie długo można by pisać o różnych detalach, smaczkach, na jakie można tu natrafić. Nawet jeżeli się interesowało życiorysami obu panów, na pewno można odnaleźć jakieś nowe dla siebie rzeczy, a nawet te znane, nabierają jakby jakiegoś innego kształtu.

Czy naprawdę Grzebałkowska pisze zbyt krytycznie i surowo dla bohaterów? Moim zdaniem nie. Bo nawet jeżeli chwilami wściekamy się na nich, to po tej lekturze, przede wszystkim jesteśmy pełni współczucia.

Bez pragnienia skandalu, doszukiwania się sensacji, ale z ogromną cierpliwością, dokładnością, przybliżanie nam osobowości, które nie mieszczą się w prostych ramkach, charakterystykach. Oby więcej takich biografii i takich lektur!

włoskie szpilkiSpotkanie DKK 12 stycznia 2015

Magdalena Tulli w książce "Włoskie szpilki" opowiada o sytuacji rozgrywającej się w powojennej Polsce. Autorka opisuje swoją historię oraz historię swojej rodziny- ojcu z pochodzenia Włoch, który postanawia zostać w Warszawie z rodziną, mamie, która jest Polką ocalałą z Auschwitz. Główna bohaterka jest bardzo rozdarta między polską a włoską tożsamością, balansuje na granicy dwóch światów.
Na co dzień żyje w Polsce, więc większość czasu spędza w Polsce, natomiast na wakacje lata do pięknych Włoch.

Recenzja książki Magdaleny Tulii "Włoskie szpilki"- Robert Frączek
Włoskie szpilki - Lektura, która i smakuje i drażni jednocześnie. Napisane świetnym językiem, barwnie, pomysłowo o sprawach nie ukrywajmy niełatwych, bo dotyczy to trudnej przeszłości, bolesnych wydarzeń. Mamy i holocaust, i życie w rzeczywistości polski powojennej i wydarzenia roku 1968. Czuje się, że sporo tu wątków autobiograficznych, a jeżeli się mylę to tym bardziej chapeau bas ode mnie za stworzenie czegoś stwarzającego wrażenie bardzo osobistego. Kilka krótkich opowiadań, bardzo luźno ze sobą powiązanych (pochodzenie rodziców, wszystkie pisane są z punktu widzenia dziecka). Całość niewiele ponad 100 stron, a przyjemność ogromna. Magdalena Tulli opisuje m.in. chłód i zamknięcie się emocjonalne matki, doświadczenie wyobcowania dziecka, które jest odrzucane w szkole jako "inne" (m.in. z powodu ojca obcokrajowca), zmagania z dwujęzycznością, wychowywaniem w dwóch kręgach kulturowych, życie z kimś bliskim dotkniętym chorobą alzheimera... Ale temat, który wraca kilkukrotnie w różnych opowiadaniach to doświadczenie traumy, które przenosi się z pokolenia na pokolenie. Matka, która przeżyła holocaust przez całe życie jest tą tragedią w pewien sposób naznaczona. Ta trauma w pewien sposób dotyka też córkę - już inaczej patrzy ona zarówno na przeszłość, ale i na teraźniejszość. W podświadomości już na zawsze zakorzeniony została - przeniesiony w genach - lęk, poczucie inności, straty, trudność w dostosowaniu się do beztroski innych... Obojętnie czy Tulli pisze o życiu w szarej Polsce w czasach stalinizmu, czy snuje bardziej ogólne refleksje na temat kondycji ludzkiej - nieodmiennie zachwycała mnie trafność tych różnych fragmentów. Tak proste, a jednocześnie ileż w tym sensu. Nie zrozumiałby tego, co u nas oględnie nazywano rzeczywistością i w czym uczestnictwo było obowiązkowe. Żył sprawami, jakimi żyła tamta połowa Europy - własnym romansem, śledzeniem sytuacji politycznej i falowania giełd. Tego nasza połowa Europy zazdrościła tamtej w milczeniu. Ale na głos pytaliśmy z drwiną, co oni tam wiedzą o prawdziwym życiu. Byliśmy pewni, że tylko u nas, gdzie nie ma nadziei, życie jest prawdziwe. O beznadziei wiedzieliśmy wszystko.... Oni też nas trochę lekceważyli, przekonani, że życie jest prawdziwe tylko na wolności.

Jak wiadomo z podręczników fizyki, żadna forma energii nie znika bez śladu, co najwyżej zmienia formę, czasami po drodze przewracając to i owo. Energia przemocy przekształciła się w błądzącą bez celu i kierunku energię cierpienia, żalu i nienawiści. I w tej właśnie postaci przechodzi na własność następnych pokoleń, czy tego pragną, czy nie. Można jej nawet użyć, ale zakres zastosowań wydaje się ograniczony. Na przykład można ją zamienić w siłę - zamiast w pracę, jak sugerowałby program nauczania fizyki. Nikt nie jest jej panem. To ona, energia żalu i nienawiści, pamięć poniżenia, bierze nas w obroty i nie wiemy już sami za kogo mamy się uważać. Wiemy tylko, że jesteśmy na minusie. I tak już zostanie, jeśli nie liczyć najbardziej rozżalonych, którzy ruszą odebrać innym to, co im odebrano. Co ważne - nie ma tu jakiego wielkiego sentymentalizmu, kłucia w oczy jakąś tragedią. Ale może dzięki temu jeszcze bardziej zapada to w pamięć.